Nasze wejście na Elbrus

Nasze wejście na Elbrus

27 kwietnia 2019 roku wyruszyliśmy z Polski zdobyć najwyższą górę Europy – Elbrus (choć jak wiemy, zdania są tu podzielone). Zapraszamy do przeczytania relacji, w której dokładniej przybliżymy Wam, co spotkało nas podczas tych 10 dni wyprawy. O swoich przeżyciach pisze Daniel Janiszewski.

 

A wszystko zaczęło się od…

Oczywiście od pomysłu, bo bardzo chcieliśmy zdobyć górę, która byłaby bardziej wymagająca od Tatr czy Alp. Wybór padł na Elbrus, ponieważ to świetny szczyt, w którym można się naprawdę sprawdzić. Pozostało nam tylko zebrać ekipę, która ostatecznie uformowała się w poniższym

Janusz Podgórski – „lider” ? 🙂

Daria Galant

Daniel Janiszewski

Grzegorz Gąska

Jarosław Dejneka

Andrzej Nowakowski

Jacek Karnowski

Ruszamy…

O świcie wyjechaliśmy z Polski, żeby wylecieć z Berlina do Moskwy 27.04 o godz. 11.00. W Moskwie byliśmy po około 3 godz., a następnie mieliśmy 6 godzin czekania na lot do Mineralnych Wód. Sam lot to około 2 godz. Pamiętajcie, że do Rosji potrzebna jest wiza. W tym przypadku dziękujemy bardzo Biuro Podróży Wczasolandia (http://wczasolandia.pl/), gdyż dzięki temu sponsorowi została ona  dla mnie zakupiona. Tym samym na docelowym lotnisku znaleźliśmy się w środku nocy. Nasz początkowy cel to miasto pod samą górą Treskol. Tam wykupiliśmy noclegi, w hotelu. Chcieliśmy mieć gdzie się przespać, zostawić rzeczy, których nie potrzebowaliśmy w górach i mieć dokąd wrócić po ataku szczytowym. W hotelu jeszcze przed wylotem,  za około 1200 rubli załatwiliśmy transfer z Mineralnych Wód do Terskolu, co było dużym ułatwieniem, bo gdy już wylądowaliśmy, nie musieliśmy martwić się o transport. Jeżeli będziecie chcieli powielić nasz plan to uważajcie – kierowcy lubią pobierać opłatę za osobę, zamiast za cały kurs, co wychodzi dużo drożej. O czym przekonaliśmy się kilka dni później.

Pierwsze chwile pod górą…

W hotelu zameldowaliśmy się przed południem i od razu poszliśmy spać. Postanowiliśmy zostać ze spokojem jeden dzień w Terskolu, odpocząć po podróży, nabrać sił na atak i przede wszystkim, zrobić ustalenia. W hotelu mamy śniadania, które są całkiem ok. Co dzień są jajka w różnej postaci do tego rozgotowana breja, tj. owsianka, kasza gryczana czy ryż, nie brakuje też herbaty i miodu. Generalnie hotel jest ok i nie mamy na co narzekać. Gdy już się wyspaliśmy i ogarnęliśmy teren, zaplanowaliśmy że następnego dnia rano ruszamy pod Elbrus. Hotel zapewnił nam transport, koszt to 300 rubli za całą siódemkę. Dobrze jest pamiętać, by wcześniej dogadywać się na kasę – zawsze i wszędzie.

 

Początek wyprawy i… pierwsze problemy

Do Azau dojechaliśmy w 10 min, nasz „lider” zarządził, że:

  1. idziemy bez szpeju
  2. idziemy bez lin
  3. jedziemy starą kolejką

I wszystkie te trzy punkty okazały się błędem, błędem był również wybór „lidera”

Warto wziąć ze sobą uprząż, ze dwie taśmy lub lonżę, rep sznury i po karabinku. Na samej górze przed szczytem jest podejście po oblodzonej, niewidocznej we mgle ścianie, są stopnie w śniegu i lodzie, na prawo będziecie mieli z 300 metrów lufy, co prawda po śniegu, bez skał, ale po co tam zjechać. Poręczówki są bardzo grube, a lance wbite w lód też dobrze wyglądają. Warto się przypiąć do tej poręczy.

Lina – w niektórych przypadkach może być mniej ważna, ale my szliśmy nocą, w zamieci i po betonie (twardy lód powyżej skał Pastuchowa). Kąt podejścia w tym miejscu to na pewno więcej niż 30 stopni, nie trudno więc o wywrotkę i zjazd na sam dół oraz rozbicie się o skały, więc lina byłaby ok. Tutaj jednak trzeba zdecydować na podstawie tego jaki jest zespół i czy partner jest w stanie wyasekurować Twój upadek. To autonomiczna decyzja – jeśli masz pewnego partnera, a najlepiej dwóch to zwiąż się liną. Jeśli nie, to odpuść, bo polecicie obaj, a może i we troje ale z drugiej strony, jeśli idziesz nie związany i sam się nie wyasekurujesz to już po Tobie a jeśli jesteś związany zawsze pozostają szanse…

Kolejka – są dwie stara i nowa. Ta druga leci na 3800 m npm i stamtąd można na przykład przedreptać do ostatnich beczek i od razu załapać klimatyzację na 3800. Stara kolejka jedzie na 3600 m npm czyli do Mira. Nic tam jednak nie ma, najbliższe beczki lub pseudo schron jest 100 m wyżej. Tutaj uratowało nas to, że dogadaliśmy się z operatorem krzesełka, które jechało do góry i dzięki temu na krześle wwiózł do góry nasze rzeczy. Na 3800 metrach, tam gdzie dojeżdża nowa kolejka jest baza skuterów i ratraków, a do tego pełny wachlarz spania. Jeśli podejdziemy do góry mamy Priut11, a trochę poniżej stacji są natomiast Beczki i schronisko, ale wiedza naszego „lidera” w tym temacie była zerowa przez duże „Z”

 

Pierwszy nocleg na górze

Po błędnych decyzjach pojechaliśmy starą kolejką na 3600 m npm i tam zostaliśmy na lekką klimę na godzinę, graty, tak jak pisaliśmy, wysłaliśmy krzesełkiem na 3700 m npm, a sami po godzinie przedreptaliśmy na tą wysokość bez bólu i problemu. W pierwszych Beczkach okazało się, że spania dla nas nie ma, ale pracownica w schronie/knajpie, która znajduje się poniżej beczek i krzesełek powiedziała, że ma dla nas glebę. Mimo to decyzja zapadła, że idziemy na ciężko, ze wszystkim na 3800 m npm i tam poszukamy spania. Niestety nasz pseudo „lider” nie wiedział, gdzie co jest, jakie spanie, jakie beczki wszystko załatwialiśmy na bieżąco sami tak, że okazało się że mogliśmy tego pana bo brak mi słów by określić go inaczej jak pasożyt, mogliśmy zostawić w kraju . Na 3800 w beczkach okazało się, że mamy miejsce, a po wyjściu możemy zostawić depozyt.

 

Złożyliśmy więc graty i po godzinie już byliśmy w drodze na 4200 m npm na lekko, po klimę. Bardzo powoli, bez stresu, dreptaliśmy do góry do Priuta 11. Zadreptaliśmy w godzinę, może dłużej, na górze zrobiliśmy fotki, wypiliśmy wodę i siedzieliśmy tam z godzinę, może nawet trochę więcej. Potem powoli poszliśmy do beczek na 3800 m npm na spanie i jedzenie. Przed zejściem zaklepaliśmy sobie spanie na następny dzień – po 800 rubli za łebka.

 

Beczki 3800 bardzo przytulne, 8 osób, jak nie 10 może się przespać. Koszt: 800 rubli za głowę, ale na początek krzyczą 1000 rubli, trzeba się targować. Jest gaz, są gary, koce i grzejniki, jest prąd. Bardzo przytulnie, można spokojnie odpocząć. Nagotowaliśmy wody, pojedliśmy i poszliśmy spać.

 

Kolejne dni przed nami

Od rana bez pośpiechu, tak koło godz. 10.00 wyszliśmy na ciężko, ale już bez namiotów i szpeju do Priuta11, w Beczkach zostawiliśmy depozyt. Do Priuta11 przedreptaliśmy powyżej godzinę, też powoli, bo aklimatyzacja, ale nie ukrywajmy, że przyczyniło się też to, że szliśmy na ciężko.

Pamiętajcie! Zwróćcie uwagę na to, by iść powoli, bardzo powoli deptać do góry, bo czym dłużej idziecie, tym dłużej się aklimatyzujecie.

W Priucie11 zostawiliśmy graty, ogarnęliśmy spanie tj. check-in, odpoczęliśmy chwilę, dłuższą, bo czas tu ma ogromne znaczenie. Nie należy się śpieszyć do góry na aklimatyzację. Następnie wyszliśmy na Skały Pastuchowa, na kolejny przystanek aklimatyzacyjny. Same skały ciągną się na ponad 4600 m npm, my stanęliśmy na 4500 m npm i siedzieliśmy tam ok dwie godziny. Po tym czasie zeszliśmy na dół, do Priuta11 i tutaj zaliczyliśmy jeden dzień odpoczynku.

Odpoczynek! Bardzo ważne jest, by przed samym atakiem zrobić dzień odpoczynku od wszystkiego, dużo pić i jeść, jeśli mamy taki komfort, po prostu odpocząć, porządnie odpocząć.

 

Przyszedł czas na atak szczytowy

Rozpoczęliśmy około godz. 3.00 w nocy. Powodem zmiany, bo pierwotnie miała to być godz. 6.00 rano, okazała się chęć i tu UWAGA! zdążenia na kolejkę powrotną tego samego dnia zaraz po ataku… Część grupy uważała to za głupotę, ale taka była decyzja pseudo „lidera”. Prawdą jest, że im niżej, tym lepiej się regenerujemy, ale skoro w Priucie11 lub w Beczkach na 3800 m npm mieliśmy doskonałe warunki do bytowania i regeneracji, a pogoda była przednia, to można było tam odpoczywać i na drugi dzień schodzić na dół.

O godz. 3.00 w nocy, według naszych prognoz, miało być zimno ok. -40’C, wiać około 50km/h i sypać – i jak w najgorszym scenariuszu – wszystko się sprawdziło. Było strasznie zimno jeśli chodzi o odczuwanie. Wcale nie wiało aż tak bardzo, tylko, że nieprzerwanie. To nie były chwilowe podmuchy, co dodatkowo potęgowało uczucie zimna. No i ten śnieg… Sypał cały czas od lewej do prawej, tak że nie widzieliśmy kompletnie nic, poza czołówkami rozciągniętej stawki. Sama decyzja o wyjściu w taką pogodę była błędna, ale cóż jest wybrany jakiś „lider”, zrobiliśmy to jednogłośnie, więc szliśmy za decyzją „lidera”…

Droga do góry od Priuta11 jest dość stroma i tam oraz pod samym szczytem jest najbardziej niebezpiecznie, zeszło nam na dreptaniu krok za kroczkiem za butami partnera powolutku do góry, marzliśmy bardzo, palce w łapawicach drętwiały z zimna, co postój przekładaliśmy kciuki z palucha do środka łapawicy i grzaliśmy je o ogrzewacze. Niektórzy pierwszy raz w życiu użyli ogrzewacza na klatkę piersiową. A nawet dwóch sztuk. Jeśli chodzi o obuwie to tutaj było różnie. Część grupy, która szła w specjalistycznych wysokogórskich butach dała radę bez problemu, ale niektórzy bardzo narzekali na zmarznięte palce.

Po drodze miały być przerwy na herbatę, jakieś szturm żarcie etc etc, ale już po godzinie Jacek stwierdził, że jego buty nie dają rady, a ogrzewacze nie działają, więc zamiast zrobić przerwę na jedzenie i picie, walczyliśmy z butami Jacy. Ja wygrzebałem ogrzewacze, a on walczył z założeniem, na tym postoju tak zmarzliśmy, że zadecydowaliśmy: idziemy dalej, później picie i jedzenie, bo zamarzniemy… I tak się stało – poszliśmy, ale brak picia i jedzenia wyszedł na przełączce… na wysokości 5200 – 5400 m npm.

Przełączka jest trawersem przez lodowiec małego Elbrusa do szczytu dużego. Niby nic, jakieś 300 do 500 m podejścia w średnim nachyleniu, po starcie na nią, za 30 min, widać już cel, czyli podejście pod szczyt… I to jest chyba najgorsze – widzisz cel, a ten ciągle jest taaaak daleko, było mi tam najciężej, najzimniej… Wszedłem na przełączkę strasznie zmarznięty, gardło i nos miałem zawalone i obrzęknięte od przeziębienia, przez co ciągle miałem odruch wymiotny. Już miałem etap, aby tylko nic nie jeść… i złapał mnie tam pierwszy kryzys… było ciężko, na podejściu szczytowym pokazało się słońce i to obrałem za mały cel – dojść do słońca i ogrzać się. Było mi już tak zimno, że miałem non stop dreszcze. Trzęsło mną tak mocno, że musiałem wyciągać ręce przed siebie, by móc iść i szedłem do słońca. Jak na złość, gdy podszedłem do końca przełączki, pod ścianę końcową, okazała się tak bardzo pionowa, że wtedy myślałem że jest napionowszą z pionowych ścian, jakie widziałem (w rzeczywistości jest połoga :)), ale słońce było jakieś 20, może 40 metrów nade mną, więc parła mnie tam chęć ogrzania się… i wlazłem w to słonce. I co? I nic. Jak było zimno, tak zostało zimno… 🙂 Wyglądałem źle, więc chcieliśmy mnie zmierzyć pulsoksymetrem – ale zamarzł. Może to i dobrze, bo jakbym miał zły wynik to by mnie nie puścili, a tak na gębę zbadał mnie Andrzej (mój partner wspinaczkowy) – liczenie od 30 w dół, imiona rodziców, dzieci, wiek i takie tam inne ciekawe pytania. Okazałem się kontaktowy, więc ruszyliśmy dalej. Powyżej słońca były skały i tam zasiedliśmy na jedzenie – fuj, na tej wysokości wszystko jest fuj, nie da się jeść, nie da się połykać jedzenia. A to dopiero 5500 m npm, gdzie tam 7500 strefa … Nie wiem jak ci ludzie to robią. Siadłem i wypiłem całą herbatę i wmusiłem w siebie żele energetyczne. Zasiadłem i przy wstaniu przyszedł drugi kryzys – dostałem mroczki, kręciło mi się w głowie, do tego stopnia, że olałem przypięcie się do poręczówki… Ale z drugiej zaś strony dostałem już kopa od cukru, który w siebie wmusiłem więc był power, żeby iść… i poszliśmy.

Dobre rady na tym etapie?

Weź uprząż i lonżę oraz ze dwa hms-y, przypnijcie się do poręczówki.

Zalecam żele i galaretki energetyczne – to zjecie nawet z zamkniętymi ustami. Kupcie i pilnujcie żeli co 3 godziny,  Ważne jest, by pilnować bilansu – jemy co 3 godz. (nie posiłek, ale cokolwiek), pijemy dużo, bardzo dużo, ile wlezie. AMS najczęściej zaczyna się od odwodnienia.

Zróbcie bardzo dobrą aklimatyzację.

Droga od poręczówek.

Poręczówki są tam rozstawione na stałe, od wbitych w wieczny lód lancy śnieżnych lub kątowników aluminiowych rozciągnięta jest lina 12 może 14 mm – bardzo gruba, w myśl zasady korzystamy tylko ze swoich lin powinniśmy ją olać, ale z drugiej strony to nie lina wspinaczkowa/asekuracyjna tylko poręczowa, nie wpinając się w ogóle – lecisz, wpinając się w obcą – może cię utrzyma. Wyjście tam w ogóle bez liny, bez jakiejkolwiek asekuracji to nie jest dobry pomysł. Owszem da się, ale po co… my tak zrobiliśmy i więcej tego nie powtórzymy. Idąc do góry po stopniach kryzys mijał powoli, ale mijał, czułem, że jest power i dam radę. Gdy kończą się liny poręczowe jest lekki pagórek, ale na lewo przez ramię widzisz jakiś szczyt i wydeptaną do niego drogę i oczywiście, że jesteś pewien że to jest Twój cel. Wtedy powiedziałem sobie „nie, nie ma szans, nawet z tym zapasem sił jaki mam, nie dojdę tam i nie zostanie mi siły by wrócić”, załamałem się. Pomyślałem wtedy, że po co cały ten trud. Andrzej był już wtedy prawie na szczycie pagórka. Spojrzałem na niego i pomyślałem, że jak mu powiem, że kończę to też nie pójdzie, wiem to. Druga myśl: „no nie mogę mu tego zrobić”. Spoglądając na jego plecy zastanawiałem się co mam robić, ciągle idąc. Mijały minuty, a myśli kotłowały mi się w głowie „co robić, co robić, jak mu to powiedzieć…”

Wlazł na górę, zaczął się do mnie odwracać, mam to dziś w głowie, jakby to było teraz rano, dziś rano, tak się bałem mu to powiedzieć. A on do mnie: „Janiszewski, mamy go” i pełny uśmiech. Odpowiedziałem mu na to: “No widzę, ale to daleko” i pokazałem. A on „no coś Ty, tu zaraz blisko, chodź, to już tu!!!” Jak by mnie ktoś w dupę kopnął, wleciałem na pagórek i faktycznie – to co w lewo to jakaś droga wydeptana, może turowcy, nie wiem co, nie obchodziło mnie to, widziałem jak na dłoni 100 metrów dalej grań i szczyt… 🙂 Więc dawaj, ile fabryka dała, ile sił w nogach zostało. Do szczytu dreptałem tak szybko, że Andrzej mnie stopował. Niebywałe, ile zasobów energii nasze ciało jest w stanie w sobie zmagazynować. Zrobiliśmy ten ostatni odcinek naprawdę bardzo szybko, aż za, bo na szczycie brakowało oddechu i sił, ale co tam. Zrobiliśmy kilka fotek, dwa zerknięcia w koło i uciekamy 🙂

Jak zeszliśmy z samego szczytu dopiero zaczęło do nas dochodzić, że zrobiliśmy to, mamy szczyt Elbrusa 5642 m npm. Płakaliśmy jak dzieci, ciągle idąc, bo dalej było piekielnie zimno. Zmarznięci, ale szczęśliwi.

Na dół schodziliśmy bardzo szybko, ale na rezerwie. Strasznie bolały mnie płuca i przełyk, za chwilę doszedł ból nóg. Do Priuta11 doczłapaliśmy około godz. 14.00, może później. Załatwiliśmy skuter śnieży za 100 rubli od łebka i zwieźli nas na 3800 m npm. Następnie kolejką zjechaliśmy na dół, wsiedliśmy do busika i pojechaliśmy do Terskolu.

 

Ostatnie emocje

Zawsze dogadujcie się nim weźmiecie busika – za ile jedziecie. I trzeba się targować.

1200 rubli za 7 osób z Azau do Terskolu to jest normalna cena. Gdy wracaliśmy – kierowca chciał nas skasować po 1200 za łeb, ale powiedzieliśmy, że idziemy do innego, to kazał zostać i wziął 1200 za wszystkich.

Hotel na dole w Terskolu mieliśmy dogadany, także jak wróciliśmy to wzięliśmy kąpiel, weszliśmy do łóżek i spaliśmy. Dużo spaliśmy.

Ostatnie cztery dni wyprawy spędziliśmy odpoczywając, świętując zdobycie szczytu i nie mogąc doczekać się powrotu do Polski. W powrotną drogę ruszyliśmy 2 maja i 3 maja cieszyliśmy się już swoimi łóżkami w domach.

I co najważniejsze z głową wybierajcie „lidera” black guide czai się wszędzie….

Specjalne podziękowania dla

Toyota JaNowAn Gliwice/Zabrze http://toyota.zabrze.pl

3Sgroup http://3sgroup.pl

Wczasolandia http://wczasolandia.pl/

Esglas http://esglas.pl

Gismo Creaive https://gismocreative.pl/

Power sp. z o.o. Werk3D http://werk3d.pl

Testimo sp. z o.o. http://testimo.pl

 

Skomentuj